niedziela, 4 maja 2014

2.

Wiem, jestem podła. Miałam napisać coś wcześniej, ale nie dałam rady. Moja wena jest piekielnie kapryśna i by coś stworzyła to muszę ją do tego zmusić. Rozdział drugi nie jest taki, jakbym chciała, ale na to już nic nie poradzę. Nie do końca jestem zadowolona, ale - po usunięciu pierwszej, moim zdaniem dużo lepszej wersji, przez moją kochaną rodzinę - nie miałam już sił by napisać coś lepszego. Mimo wszystko mam nadzieję, że nie zlinczujecie mnie za moją długą nieobecność i miernotę, którą wam wciskam XD I tak was kocham. Tam na dole macie muzyczkę - tylko jej nie przegapcie, to ważne!
Rozdział dedykuję Hate. za aprobatę i za bycie ze mną <3
Let's do it.

----------------------------------------------------
Wieczory w barach są magiczne. Nie ma nic lepszego niż szklanka ulubionego trunku wypita w ciemnym, zadymionym pomieszczeniu w otoczeniu zapachu stęchlizny, starego alkoholu i dawno niemytych, męskich ciał. No i muzyka – ciężka, ale o dziwo odprężająca. Za coś takiego każdy dałby się pokroić. Za tą atmosferę charakterystyczną tylko i wyłącznie dla najgorszych i najbardziej zapuszczonych spelun w mieście, za to towarzystwo – z pozoru niewyszukane, czasem wręcz przerażające swoim językiem, zachowaniem, wyglądem… Czuje się tą wyjątkowość, widzi się zamkniętą wspólnotę, która niechętnie wpuszcza obcych do swojego świata. Ale trud i cierpienie, które wkłada się w dążenie do bycia częścią grupy są niczym w porównaniu ze szczęściem, które osiągasz po zakończeniu swojego biegu. Gdy widzisz uśmiechy stałych klientów, gdy słyszysz pozdrowienie wydobywające się z dwudziestu gardeł na twój widok… O tak, takie doznania można nazwać jednym z najbardziej cennych i unikatowych.

Ten mały bar znajdujący się pod numerem 9 na ulicy Molia  był dla mnie wszystkim, to wokół niego kręciły się moje myśli. Spędzałam tam całe dnie i większe części nocy. W pracę wkładałam całe serce, chociaż moje zajęcia nie były zbyt skomplikowane – ot przyjmowanie zamówień i, od czasu do czasu, zanoszenie poszczególnych do stolików. Jednakże za każdym razem starałam się ucinać niezobowiązującą pogawędkę z gośćmi i obdarzałam ich promiennymi uśmiechami, co nie rzadko skutkowało wysokimi napiwkami, które pomagały mi przeżyć kolejny dzień. Takie praktyki ułatwiały mi funkcjonowanie w miasteczku, a innym rozjaśniały ich ciężkie życia. Szczególnie w zimie, gdy mróz był tęgi, a słońca nie było widać. Gdy co jakiś czas znikał i nie powracał ten czy inny znajomy. Czasem to pomagało, gdy stawiałam przed załamanym delikwentem szklankę wódki (na mój koszt), siadałam koło niego i po prostu piłam herbatę, jakby nigdy nic. Wierzcie lub nie, ale to zazwyczaj przynosiło wielkie korzyści. Takie trwanie. Niewerbalne wsparcie.
Początki jednak do łatwych nie należały. By się wpasować musiałam schować dumę w kieszeń i zagryzać wargi za każdym razem, gdy w moją stronę leciała jakaś pejoratywna uwaga. Było ciężko, cholernie ciężko wstawać rano ze świadomością, że rozpoczniesz dzień od porządnej dawki obelg skierowanych pod twoim adresem. Z czasem, na szczęście, wszystko się unormowało – po jakiś dwóch miesiącach mogłam liczyć na darmową naprawę auta (którego nota bene nie miałam), codzienną dostawę świeżych ryb (których nie cierpiałam) czy zniżki w jedynym znajdującym się w okolicy całodobowym monopolowym (z których to ulg korzystałam aż za często). To małe zwycięstwo było o tyle szokujące, że mieszkańcy tego niewielkiego miasteczka niechętnie podchodzili do obcych, a szczególnie do zagranicznych. Byłam z siebie naprawdę zadowolona, że aż tyle udało mi się osiągnąć z moją nieśmiałością i twardym charakterkiem. A już po pół roku stałam się pełnoprawną mieszkanką Strandy.

Wszystko nagle posypało się 19 listopada ’87.
Muszę przyznać, że dzień ten skończył wyjątkowy dla mnie okres – to właśnie wtedy zaczęłam chwytać dzień i cieszyć się życiem. Bo, bądźmy szczerzy, praca w barze to nie jest szczyt marzeń. Odkryłam w okolicy fiordy i zaczęłam regularnie, w każdą sobotę, urywać się wcześniej z pracy po to by zbadać ich najpiękniejsze zakątki. Siadałam wtedy obok wodospadu, odpalałam papierosa i co jakiś czas sączyłam swój ulubiony trunek ze starej, metalowej piersiówki, z którą się nie rozstawałam. Spędzałam tak długie godziny po prostu ciesząc się możliwością obcowania z pięknem natury. Zaczęłam częściej chodzić na koncerty okolicznych zespołów, których było zadziwiająco dużo mimo małej populacji miasta. Właśnie na jednym z takich wydarzeń poznałam… gitarzystę, który ujął mnie ciepłym spojrzeniem i  swoim odruchem odgarniania długich blond włosów.  Brzmi to groteskowo, wiem. Co mogę więcej powiedzieć? Po prostu się zakochałam. Tak szybko i tak głęboko wpadłam, że nawet nie zdążyłam się zatrzymać i powiedzieć: „Hola, nie szalej”.
Pierwszy raz od dawna czułam się tak beztroska i spełniona.
Ten listopadowy dzień też nie zaczął się jakoś szczególnie. Wstałam, zjadłam śniadanie, wyszykowałam się i po jakiś 30 minutach od pobudki byłam gotowa do wyjścia. Szybkim krokiem przemierzyłam ulice Strandy zręcznie omijając, co większe zaspy i radośnie odpowiadając na powitania przechodniów. Fakt, że wieczorem czekało mnie spotkanie z Arvem dodawał mi niesamowicie wiele energii i poprawiał humor. Niby nic takiego, a jednak cieszy.
Sprawnie otworzyłam ciężkie, obite skórą drzwi i weszłam do przytulnego, ciepłego wnętrza. Powitały mnie znajome twarze i bezzębny uśmiech mojego szefa, który czyścił ściereczką kufel od piwa.
- Cześć Rudi – rzuciłam zajmując miejsce za barem.
- Witaj Arien - wymamrotał pod nosem nie przerywając swojego zajęcia. Był perfekcjonistą – na szkle nie zostawała nawet najmniejsza smuga, gdy zabierał się do jego polerowania.
Nie minęło nawet pięć minut odkąd usiadłam, a poczułam silny zapach męskich perfum. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- To co zwykle Tim?
Zapytałam i nawet nie czekając na odpowiedź napełniłam szklankę bursztynowym płynem i wrzuciłam do niej parę kostek lodu.

- Dzięki słoneczko – odebrał ode mnie napój i upił mały łyk – Dokładnie taki, jaki lubię.
- Cieszę się. Powiedz mi… jak wam się układa z Josefine? Wszystko gra?
Mężczyzna wyraźnie sposępniał.
- Wiesz… Jest ciężko, ale staramy się. Na prawdę. Znaczy… ja się staram, jak tylko mogę najlepiej.
Jedną ręką ścisnęłam tą jego wielką, sektą dłoń, a drugą chwyciłam go za podbródek i zmusiłam by spojrzał mi w oczy.
- Hej, nie łam się. Jakoś to będzie. Na pewno się ułoży. A skoro ja tak mówię to tak będzie.
Kącik jego ust uniósł się lekko w górę.
- Obyś miała rację młoda, obyś miała rację – westchnął i poszedł zająć swój ulubiony stolik mieszczący się naprzeciwko telewizora. Przez chwilę przyglądałam mu się myśląc nad tym jak mogę pomóc. Rybak był jedną z pierwszych osób, które poznałam.  Między innymi dzięki niemu mogłam liczyć na życzliwość tak wielu ludzi. Polubiłam i go i jego uroczą, ale bardzo kłopotliwą małżonkę. Jos lubowała się w robieniu tak głośnych awantur, że całe miasteczko wiedziało, że to Solbergowie się kłócą. Zrezygnowana pokręciłam głową zniechęcając siebie do jakiejkolwiek interwencji. W niektóre sprawy chyba lepiej się nie wtrącać.

Nie mając innych zamówień do przyjęcia zagłębiłam się w lekturze lokalnego dziennika. Akurat z głośników dobiegały pierwsze nuty Twist Of Cain. Zaczęłam nucić pod nosem ulubioną piosenkę.
Niespodziewanie moją sielankę przerwał ostry dźwięk dzwoniącego telefonu. Syknęłam zdenerwowana.
- Bar Pod Zdechłym Nietoperzem, w czym mogę pomóc?
- Emmm… Czy mogę mieć przyjemność z Panią Peak?
- Przy telefonie.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Wywróciłam oczami coraz bardziej zirytowana zaistniałą sytuacją. Odchrząknęłam starając się nakłonić rozmówcę do wyłożenia problemu, z jakim dzwonił.
- Ar… Arien? Słodki Jezu to naprawdę ty? Tu mówi Dave, Dave Geffen. Pamiętasz może starego kumpla?
Dreszcz, jaki przeszył moje ciało zdarza się tylko parę razy w życiu – w dniu ślubu, gdy dostaniesz wiadomość o śmierci bliskiej osoby i gdy niespodziewanie dowiadujesz się, że demony przeszłości, które zmiażdżyłeś i zakopałeś głęboko pod ziemią jednak żyją, mają się dobrze, a co gorsze – chcą cię kurwa dorwać. Tak właśnie mój dobry humor trafił szlag.
- Czego chcesz?
- Tygrysico, mając w pamięci twoje zasługi dla firmy chciałbym ci zaproponować nowy kontrakt – mój rozmówca wyraźnie odzyskał swoją chwilowo utraconą pewność siebie.
- Nie jestem zainteresowana, bardzo mi przykro.
Przełożyłam telefon do lewej ręki, prawą grzebiąc w kurtce w poszukiwaniu moich ulubionych fajek. W końcu dorwałam je, wysupłałam jednego papierosa z paczki, zapaliłam i zachłannie zaciągnęłam się dymem. Trwałam tak przez kilka chwila próbując opanować galopujące myśli i uspokoić drżące ręce. W tym czasie Geffen mówił dalej.
- Ja wiem, że głupio wyszło z tym… twoim ostatnim zespołem, ale przysięgam ci – tym razem będzie inaczej. Pod moje skrzydła dostał się młody, obiecujący zespół, który ma przed sobą świetlaną przyszłość, to mogę ci zapewnić.
Odliczyłam do dziesięciu.
- Haczyk Kurwiarzu, powiedz mi, jaki jest haczyk
- Ale jaki haczyk, złociutka? Proponuję ci łatwą, przyjemną pracę. Pięć tysięcy tygodniowo, służbowe mieszkanie, auto i własnego ochroniarza. Czego chcieć więcej?
- Słuchaj… Geffen – wycedziłam - Znamy się jak łyse konie, współpracowaliśmy tyle lat, a ty jeszcze śmiesz mnie tak bezczelnie zwodzić?
Analizował sytuację przed dosłownie parę sekund.
- Okej, Arien. Masz mnie. Ciebie jednak nie da się Cię okłamać kocie – zaśmiał się – Taaak. Jak już mówiłem są bardzo uzdolnieni, ale… niepokorni. Prawdę mówiąc to banda rozwrzeszczanych, bezczelnych, nieokrzesanych, brudnych i zarozumiałych ćpunów. Ale to przecież nic takiego, co Arien? Pomyślałem o tobie, bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego jak bardzo lubisz wyzwania. No, więc jak będzie?
- Oddzwonię.
Walnęłam słuchawką o podłogę i zrzuciłam papiery walające się po barze. Wrzasnęłam wściekła nie mogąc się na nic zdecydować. Oczy wszystkich zebranych były skierowane na mnie. Byłam w dupie, czarnej dupie. On doskonale zdawał sobie sprawę, że zburzył mój tak ciężko wypracowany spokój ducha. Wiedział, że nie zapomnę o tym telefonie i koniec końców zgodzę się na jego absurdalną propozycję. Z niego zawsze był genialny gracz. Urodzony manipulator. Jednakże ja nie zamierzałam mu niczego ułatwiać.
- Kogo ja oszukuję – jęknęłam i wyjęłam komórkę z kieszeni. Numer miałam zapisany w kontaktach – jakoś nie miałam serca go usunąć.
Odebrał już po pierwszy sygnale.
- Wchodzę w to skurwysynie, wchodzę.

-------------------------------
Proszę o szczere opinię, żadnego słodzenia.

wtorek, 3 grudnia 2013

Attention!

Nowego rozdziału, jak widzicie, długo nie ma i, przynajmniej na razie, nie będzie. Nie, nie porzucam pisania, ale mam zastój twórczy, a nie chcę publikować dennych rozdziałów. To nie leży w mojej naturze. Więc musicie się uzbroić w cierpliwość - mam nadzieję, że to nie potrwa długo. W każdym razie wciąż tu jestem i dziękuję za te wszystkie wspaniałe komentarze i za to, że czytacie. To dla mnie bardzo ważne.
Ściskam.
Draconis

sobota, 19 października 2013

1.

Przepraszam, że nie dodałam wcześniej, ale nie dość, że nie miałam internetu to jeszcze zastój twórczy. Ale jest, w końcu. Nie do końca taki jaki bym chciała, ale mogło być gorzej. Dziękuję za wasze ostatnie miłe komentarze i proszę o więcej jeśli można ^^ Tekst pisany kursywą to wcześniejsze wydarzenia.
-------------------------------------------------
By zrozumieć sens tej historii musimy się cofnąć do roku 1985 albo nawet wcześniej. 

                                                           ***

Wpił się w moje wargi zachłannie. Tęsknie. Przyciągając moje ciało najbliżej jak się dało. Jakby chciał byśmy byli jednym, a nie dwoma, odmiennymi bytami. W tym pocałunku zawarte było wszystko, co chcieliśmy sobie powiedzieć. Wszystkie te niewypowiedziane słowa, które raniły pomimo i właśnie, dlatego, że nie zostały wypowiedziane. Całe uczucie, ból, nienawiść i żal. W tej jednej chwili wyjaśniliśmy sobie wszystko, co pozostawało niejasne, przez długie lata. 
Coraz łapczywiej mnie zagarniał. Delektował się smakiem moich warg. Oddech miał przyśpieszony. Całował mnie tak jakby nic innego się nie liczyło. Tylko my, tu, teraz, w tym ciasnym pokoiku. Jakby nie było jutra. Bo dla nas miało go nie być. Obydwoje wiedzieliśmy, że to nasze ostatnie spotkanie, że więcej się nie zobaczymy. To bolało, jakby ci ktoś serce rozrywał rozgrzanymi do czerwoności szczypcami. Dlatego też próbował, ten ostatni raz, jednocześnie, zapamiętać mój zapach, miękkość mej skóry i delikatność ust. Zachłystywał się mną. Wiedziałam, że mu wciąż zależy, że nie rozumie moich pobudek. Ale dla mnie to już nie było to samo… Coś się wypaliło, skończyło. Tak jak się kończy dzień, a po nim przychodzi noc. Tak samo miało być ze mną. To przyszło nagle, niespodziewanie. Rujnując i niszcząc wszystko. Nad czym usilnie pracowałam. Co pielęgnowałam i doglądałam.
On cierpiał. Ja czułam się jakbym, po długiej wędrówce pod górę, zrzucała kamień z barków i zaczynała nowy rozdział życia. Wszystko od nowa. Ale jednak łzy spływały mi ciurkiem po twarzy. Wiem, że jemu też parę pociekło. Drżały mu ręce, gdy próbował odpiąć guziki mojej koszuli. Powstrzymałam go. Spojrzał na mnie w z bólem. Spuściłam wzrok. Na to jeszcze nie byłam gotowa.
- Arian…
Nie pozwoliłam mu skończyć. Teraz już nie było odwrotu. Zamknęłam mu usta delikatnym pocałunkiem.
A potem wyszłam. Z miękkimi kolanami, wciąż oszołomiona. Z myślami galopującymi jak stado mustangów i sercem wygrywającym wariackie tępo. Ale nie odwróciłam się. Ani razu. Nie wiedziałam gdzie idę, ale jednego byłam pewna. Kiedyś pożałuję tej decyzji. Na pewno. Mogę się założyć, że wkrótce będę go znowu potrzebować, a jego już przy mnie nie będzie. Od teraz, chociażbym nie wiem jak chciała i nie ważne, jakie wspomnienia wiążą mnie ściśle z tym miejscem, to Motley House nie mogę więcej nazwać swoim domem. 


                                                                 ***

Świt w Los Angeles wstawał powoli, ospale jakby całą noc spędził w którymś z okolicznych klubów. Powolutku, nie śpiesząc się na horyzoncie pojawił się zarys słońca – wpierw malutka, ledwie widoczna świecąca łuna, która stopniowo wydoroślała by pokazać nam się w całej swej okazałości.  Zawsze zaczynało oświetlać miasto od samej góry – najpierw wzgórza Hollywood, a na końcu takie ulice jak Sunset Boulvard. Tym sposobem, jeszcze na parę minut dłużej, pozwalało nam myśleć, że Miasto Aniołów to jednak piękne miejsce, pozbawione całego tego show biznesowego, narkotycznego i alkoholowego płaszcza, którym codziennie się okrywało. Tak, nie ma nic wspanialszego niż poranki w tej części Kalifornii.
Dzisiaj było dokładnie tak samo. A może nawet lepiej, bo była to jednak upragniona sobota i mało kto o tej godzinie robił cokolwiek innego niż spanie. Nawet Sunset było wyjątkowo spokojne.  Jak na nie to aż zbyt spokojne. Muśnięte ciepłymi promieniami wyglądało tak sielsko i błogo, że przywodziło na myśl jedną z dróg znajdujących się w małych, wiejskich miasteczkach.  Strumienie światła wdzierały się również, zza do połowy zasuniętej firanki, do jednego z mieszkań znajdujących się na tejże ulicy, ukazując wszem i wobec jakie to bezwstydne życie prowadzą jego właściciele. I jakie beztroskie. Promyczki po kolej ujawniały każdy grzech mieszkańców – brudną, zawaloną śmieciami, butelkami, kiepami a nawet strzykawkami podłogę, ciała - niektóre nawet całkiem nagie- splecione w miłosnych uściskach, rozbity żyrandol dumnie leżący na, klejącym się od whisky, stole, różnego rodzaju niezidentyfikowane plamy znajdujące się dosłownie wszędzie, rozbite płyty winylowe wraz z porysowaną gitarą akustyczną, obdrapane kanapy, z których wychodził plusz, a wreszcie -niemiłosiernie umorusany, miejscami po podpalany, materac, na którym wylegiwał się całkiem wysoki, szczupły brunet delektując się papierosem i patrząc z uśmiechem w sufit. Chłopak właśnie analizował całe swoje dotychczasowe życie i z zadowoleniem stwierdził, że było on wcale nie najgorsze. A najlepsze było to, że niedługo zacznie robić to, co zawsze chciał – a mianowicie jeździć w trasy. Czuł to, po prostu podskórnie czuł, że niedługo wydarzy się coś, co zawarzy na jego żywocie i obróci je o 360®. I miał skrytą nadzieję, że chodzi właśnie o sfinalizowanie kontraktu, którego nie mogą zamknąć już od przeszło miesiąca. Bo cóż innego mogłoby to być? Nowy Gibson to oczywiście drastyczna i ekscytująca zmiana, ale ona wcale nie przewraca niczego do góry nogami. Ona nic nie zmienia. Nie ważne czy by miał nową czy starą gitarę to i tak pozostaje młodym grajkiem, który poza występami w Roxy czy Rainbow nie ma na co liczyć. Wsłuchał się chwilę w bicie swego serca i poczekał na tej miły dreszcz, który nie odpuszczał go odkąd się obudził.  Tak, to na pewno chodzi o współpracę z Geffen. Zawsze słuchał się swojego instynktu i respektował te przeczucia, co go od czasu do czasu nawiedzały. Jak dotąd nigdy się na nich nie zawiódł, a wręcz przeciwnie – często pokazywały mu najlepszą z możliwych dróg. Przeciągnął się jak stary kot i założył ręce pod głowę. Zamierzał się trochę przespać, bo w nocy jakoś nie było kiedy. Trzeba było się zająć między innymi pięknymi kobietami, co go ciągle nagabywały. A ta jedna to taka zmysłowa była… Uśmiechnął się łobuzersko i już miał zasnąć rozpamiętując minione wydarzenia, gdy nagle rozległ się łomot i ktoś zakrzyknął podekscytowanym głosem:
- Kurwa chłopaki mamy ją! Słyszycie?! Mamy! Dajcie mi cholera jasna papierosa, bo nie wytrzymam! – jakaś ciemna masa wyskoczyła nagle z korytarza, potykając się uprzednio o stos pustych butelek, i wtarabaniła się do pokoju. Chłopak mruknął zirytowany, ale otworzył oko by zorientować się, kto śmiał zakłócić mu odpoczynek i co za wieści przynosi. Ujrzał niezbyt wysokiego blondyna i od razu zorientował się, że już raczej się dzisiaj nie wyśpi.
- O co tyle krzyku? – burknęło jedno z ciał i odgarnęło z twarzy burzę loczków ukazując ciemne, teraz zaspane oczy.
- Sfinalizowaliśmy kontrakt! Mamy wreszcie menagera! Znaleźli ją, słyszycie? – posłaniec nie mógł opanować ekscytacji i zaczął rytmicznie podskakiwać, co jakiś czas wdeptując w kolejnego człowieka.
- O kurwa – szepnęło z podziwem ciało i zaraz dodało – A ty to skąd niby wiesz?
Blondasek wyprostował się i dumnie wypiął klatkę piersiową patrząc na kolegów z pogardą i wyższością.
- Bo to do mnie. DO MNIE. Zadzwonił Dave i życzył nam miłej współpracy z Panią manager.
- Bo tylko ty masz w pokoju telefon kretynie. I jesteś chujem  – ruda czupryna też, oczywiście, musiała wtrącić swoje trzy grosze. Co z tego, że bez sensu, skoro się odezwał?
Po pokoju rozszedł się rechot. Z blondynka uszło całe powietrze. Przygryzł wargę jak zawsze, gdy rozpatrywał jakiś szalenie trudny problem i podrapał się po głowie. Po chwili oczy ponownie rozjaśniły mu się, a na twarz wypłynął szeroki uśmiech.
- Tylko to mną Dave kazał jej się najbardziej opiekować!
- Świetnie, czyli pewnie będzie cię karmić butelką i będziesz musiał wracać do domu przed 20. I tak nie poruchasz stary. W sumie to żadna strata, bo nie masz, czym.
Posłaniec wkurzył się nie na żarty. Kopnął ognistą głowę swoim znoszonym adidasem i wyszedł z mieszkania, obrażony na cały świat, głośno trzaskając drzwiami.
- O jednego idiotę mniej w pokoju – ziewnął brunet zamykając ponownie oczy. Jeszcze raz miał rację. Po tylu żmudnych dniach oczekiwania wreszcie zaczną działać. Jedno go tylko szalenie zainteresowało – Skoro to kobieta to ciekawe czy ładna? Po paru minutach porzucił rozmyślania, odwrócił się ze skrzypieniem sprężyn na drugi bok i zapadł w płytki sen.

Nie ma nic piękniejszego niż poranki w tej części Kalifornii. A takie, które na zawsze zmieniają ludzkie losy, są jeszcze wspanialsze.

sobota, 5 października 2013

Prologus Maximus

No witajcie ponownie! XD
Dawno się nie udzielałam, tak wiem i żałuję. Ale nic straconego. Zaczynam, jak widać, nowe opowiadanie, ale tym razem w pojedynkę. Będzie strasznie smętne, ale postaram się was nie wpędzić w depresję XD Bohaterka jest dziwna, ma straszne wahania nastrojów i nie zdziwię się jak nie ogarniecie co jej leży na sercu. Dziękuję moim starym, wiernym czytelniczkom i, nie przedłużając, zapraszam na prolog. A. Do tej historii przyłożę się bardziej niż do Wiem co jem..., więc nie bójcie się XD Kocham was wszystkie.
~Draconis
-----------------------
Tęsknota. Całe moje życie składa się tylko i wyłącznie z niej. Gdy, czasem, opuszczała mnie by ustąpić miejsca nagłej fali miłości czy radości to nigdy na długo. Za każdym razem, gdy myślałam, że wreszcie się jej pozbyłam to ona atakowała ze zdwojoną siłą rujnując mój pieczołowicie odbudowywany świat. Siadałam wtedy w kącie, dzierżąc papierosa w drżących dłoniach i cierpliwie przyjmowałam razy, co jakiś czas przygryzając wargę i ocierając zapuchnięte od płaczu oczy, wierząc, że moje męki nie potrwają za długo i kiedyś za chmur wyjdzie słońce, sprawiając, że wreszcie zacznę być szczęśliwa. Tak. Pomimo tego wszystkiego, co mnie spotkało, nigdy nie straciłam nadziei. Nawet, gdy szalałam w bezsilnej furii, gdy waliłam pięściami w ściany i darłam się, że Boga nie ma, a jak jest to ma mnie w dupie. Gdy godzinami ślęczałam przy oknie obgryzając palce do krwi i czekałam aż, chociaż w oddali, pojawi się ta znajoma sylwetka. Nawet, gdy szłam, jako jeszcze nie kobieta, a już nie dziewczynka, w kondukcie żałobnym, blada, zbolała, patrząca na wszystko wielkimi oczami zaszczutego zwierzęcia, błagając, zaklinając bym to ja była w trumnie, by to mój koszmar się skończył. Nigdy. Nigdy nie przestałam wierzyć i ufać, że będzie lepiej. Mimo wszystko. Nadzieja zawsze czaiła się za rogiem by, w odpowiednim momencie, wyjść i wesprzeć mnie w każdej sytuacji. Jestem jej za to wdzięczna, bo tylko ona była ze mną, gdy jej najbardziej potrzebowałam. Na te 32 lat, które przeżyłam to aż za często.
Nigdy nie było mi łatwo. Tak właściwie to moje dzieciństwo skończyło się wraz ze śmiercią mojego ojca. Miałam wtedy nie więcej niż 12 lat. Jedni powiedzą, że to nie tak mało, ale ja czułam się wtedy jeszcze dzieckiem. Beztroskim szkrabem, pałętającym się po mieście i okolicznych lasach. Tata od zawsze był dla mnie autorytetem, świata poza nim nie widziałam. Za każdym razem, gdy przyjeżdżał, a często tego nie robił, to nie odstępowałam go na krok i prosiłam by mi coś opowiedział. A on wtedy śmiał się szczerze i targał mnie po głowie powtarzając, że jestem jego mała biedroneczką. I opowiadał. O demonstracjach, o życiu, o Bogu, o hipisach… O wszystkim i o niczym, w zależności od tego, na co miał w danym momencie ochotę. Zresztą temat nie był ważny. Dla mnie liczyło się to, że on jest ze mną i mogę słuchać jego głosu. Gdy dowiedziałam się, ze nie żyje to właśnie to mnie najbardziej ubodło. Że już więcej go nie usłyszę. Ja słuchałam zauroczona, z wypiekami na twarzy i powtarzałam w myślach, że kiedyś będę taka jak on. Wolna, zaangażowana w coś wielkiego i po prostu szczęśliwa. Nie wyszło. Oczywiście. Wierzyłam, że to, co robi tata było słuszne i po prostu chciałam, naprawdę pragnęłam, z całego serca, mu kiedyś dorównać. Oczami wyobraźni już widziałam siebie, jako polityka, myśliciela czy pustelnika. Miałam tysiące pomysłów na minutę i nie starczało mi czasu by je wszystkie spisywać. Nagle, pewnego słonecznego dnia wszystko się skończyło. Pamiętam, że bawiłam się w ogrodzie, gdy wybiegła mama, cała zapłakana i rzuciła we mnie najnowszym numerem jedynej gazety, którą prenumerowałyśmy. Później wsiadła do samochodu i odjechała. Nie widziałam jej wtedy przez tydzień. Rozwinęłam czasopismo i od razu rzucił mi się w oczy nagłówek: „Vincent Peak zamordowany w trakcie demonstracji przeciwko zalegalizowaniu ciężkich narkotyków”. To, co wydarzyło się później pamiętam jak przez mgłę. Padłam na kolana i klęczałam tak dopóty, dopóki nie znalazła mnie babcia. Przez kolejne trzy dni w ogóle nie wychodziłam z domu. Cały czas tylko leżałam i patrzyłam szklistym wzrokiem w sufit. Tak potrwałam do pogrzebu, który się odbył 18 maja 1974. Od tamtej pory było już tylko gorzej. Matka, po tygodniu picia, wróciła  by całą swoją gorycz przelać na mnie, swoją jedyną córkę. Zrobiła z mojego życia piekło. Oskarżała mnie o wszystko – o to, że trawa rośnie za wolno i że słońce za mocno grzeje. W tamtych czasach tyle razy od niej oberwałam, że dziwię się, że uciekłam dopiero pięć lat później.  Krzyczała, mówiła, że mnie nienawidzi, że to wszystko, co ją spotkało to moja wina i że żałuje, że mnie urodziła. Ogólnie poniżała mnie przy każdej okazji.  Czyli nic oryginalnego. Ona zawsze taka była - do bólu przewidywalna. Jedyną moją ostoją była babcia. Z jej emerytury żyłyśmy, bo matka wszystko przepijała. Jakie to niesprawiedliwe, że musiało minąć aż 12 lat bym się od niej raz na zawsze uwolniła. To smutne, że o własnej rodzicielce myślę w ten sposób, ale nie dała mi żadnego powodu, dla którego mogłabym zmienić o niej zdanie. Była przyczyną moich kłopotów i przez nią moje życie wygląda jak wygląda. Ona i ojciec, którego, pomimo wszystko, do tej pory podziwiam. Mam tylko nadzieję, że gdy umierał, katowany przez policjantów, to miał przed oczyma moje duże, wypełnione łzami, niebieskie oczy patrzące na niego z wyrzutem… Teraz, pomimo iż od tamtych wydarzeń minęło 20 lat i wiele się w międzyczasie wydarzyło, to wciąż nie mogę się z tym pogodzić. A jestem dorosłą, odpowiedzialną kobietą. Zgorzkniałą, lubiącą pławić się w swoim cierpieniu i kochającą wywlekać najgorsze wspomnienia i delektować się ich negatywnym przekazem. Jak łatwo…
- Mamo… Wszystko w porządku? – zza drzwi wyjrzała buzia o dużych, teraz zatroskanych, błękitnych oczach. Malec zaciskał rączki na framudze, aż zbielały mu kłykcie. Jedną nogą stał w pokoju, niepewny, nie wiedząc czy może przestąpić próg. Mimo iż miał dopiero pięć lat, to to wiele rozumiał i trudno mi było przed nim ukryć jak bardzo jest mi ciężko. Jego cieniutki głosik wyrwał mnie z transu. Niechętnie przeniosłam wzrok z gwieździstego, nocnego nieba na jego małą sylwetkę jednocześnie przywdziewając uśmiech. Tylko osoba, która znała mnie lepiej niż samego siebie lub naprawdę dobry obserwator, mógłby dostrzec na mojej twarzy cień minionych czasów i iskierki żalu w kącikach oczu.
- Tak, tak Jeffy. W jak najlepszym. Chodź, zrobię ci kolację. Mogą być grzanki? – chłopczyk od razu się rozweselił i podekscytowany podskoczył parę razy, bez namysłu odrzucając swoje dawne troski i wątpliwości. Na jego widok aż chciało się wybuchnąć śmiechem. Patrząc na niego wiedziałam, że mimo wszystko podjęłam dobrą decyzję. Nie ważne ile muszę przez to cierpieć. Ta radość na jego twarzy wynagradza mi, co dzień wszystkie smutki. Bo przecież najważniejsze jest jego szczęście i to by miał normalne, wspaniałe dzieciństwo, jakiego ja nie miałam. Z dala od jego ojca i całego tego medialnego szumu. Tak po prostu było lepiej. I łatwiej. Dla wszystkich. Zgasiłam papierosa, chwyciłam synka za rękę, rzuciłam jeszcze ostatnie, tęskne spojrzenie na niebo i już nas nie było.

Wkrótce się zobaczymy kochanie. Nie ważne za ile, ale w końcu będzie tak jak być powinno. Kiedyś na pewno.
------------------------
Bardzo proszę o komentarze. Chciałabym wiedzieć czy wam się podoba czy pisanie tego nie ma sensu, bo jest jeszcze gorsze niż Wiem co jem...
~Draconis